08/04/2025
Wow.
Całkiem dobrze, że nie latam często, bo chyba bym oszalała. Nadmiar wrażeń i nieustanne zaskoczenie mogłoby na stałe wpłynąć na zaburzenie odbioru rzeczywistości, albo na paraliż żuchwy spowodowany wiecznym zdziwieniem.
Okazuje się, że po oderwaniu się samolotu od ziemi ludzie dostają małpiego rozumu, albo może jakiegoś niezrozumiałego dla mnie swędzenia tyłka. W zasadzie to niektórzy dostają go jeszcze przed zamknięciem drzwi samolotu, po pierwszym „dzień dobry” wypowiedzianym do załogi, bo po tym zdaniu wybrzmiewa kolejne: „proszę nam przynieść whiskey i colę”. Chwilę później widząc puste miejsca w samolocie wpadają w niezrozumiały dla mnie entuzjazm i zaczynają wymachiwać rękami i pokrzykując przywołują swoich współtowarzyszy żeby czym prędzej przybiegli i zasiedli z nimi do tej cudownej biesiady podczas podróży. No wow.
Wróćmy do startu. Mam poczucie, że świadomość bezpieczeństwa lotu wśród pasażerów jest znikoma. Po oderwaniu się samolotu od ziemi, pasażerowie dostają nagłej potrzeby przebiegnięcia się po samolocie celem odnalezienia swoich bliskich, których nie udało się przed wylotem przywołać, jakby już było co najmniej po katastrofie i odnalezienie ich w startującym samolocie byłoby w tej chwili najważniejszą rzeczą w ich życiu.
Po wyłączeniu sygnalizacji „zapnij pasy” rozpoczyna się akcja „gdzie jest moja torebka”, czyli nagle wszyscy wstają i wzajemnie się między sobą przepychając, nerwowo zaczynają szukać w pawlaczach bagaży podręcznych, tylko po to, żeby wyjąć z nich – w zasadzie to nie wiem co. Najważniejsze, żeby wstać. 20 minut na tyłku to za długo. Przed TV na zapierdziałej kanapie i owszem, ale siedzenia w samolocie strasznie widocznie ich parzą. Fascynujące!
Jak już wyciągną z bagaży podręcznych „niewiemco”, zaczyna się impreza. I tutaj kolejne moje zaskoczenie połączone z obserwacją niedociągnięcia procedur bezpieczeństwa w liniach lotniczych, mianowicie – sprzedawanie alkoholu pasażerom siedzącym przy wyjściach ewakuacyjnych. Ciekawa jestem czy jakakolwiek linia zwraca na to uwagę, bo mnie jako pasażera trochę to niepokoi, bo co by nie powiedzieć, wyjście ewakuacyjne jest dla wszystkich, a człowiek w stanie upojenia może skutecznie tą ewakuację utrudnić. Jedynym usprawiedliwieniem, i takie też usłyszałam od załogi jest fakt, że kontrolują ilość sprzedanego alkoholu i że w sytuacji w której widzą, że delikwent już nie jest zdolny do pomocy przy ewakuacji z uwagi na upojenie alkoholowe – przesadzają go do innego rzędu.
Z jednej strony spoko, bo to na nich spoczywa odpowiedzialność za bezpieczeństwo w locie, z drugiej jednak muszę przyznać, że słaba to dla mnie argumentacja.
Czyżbym się starzała? Przecież kilka lat temu, pewnie sama zamówiłabym buteleczkę wina i pewnie nie zwróciłabym uwagi na to gdzie siedzę. A może to zboczenie zawodowe? Przewrażliwienie na punkcie procedur bezpieczeństwa, które ktoś kiedyś wymyślił po to, żeby zminimalizować ryzyko? Może.
Zatem podsumowując, czuję się jak w szkolnym autobusie jadącym na trzydniową wycieczkę. Z tyłu dochodzą mnie dźwięki oglądanego na tablecie filmu, z boku radosne pokrzyki imprezowiczów, z przodu płacze jakiś maluch. Transport zbiorowy w całej swej okazałości. Kiełbasy i jajka na twardo na szczęście nikt nie ośmielił się jeszcze wyjąć. No cóż, nie na darmo od lat twierdzę, że pracuję na dworcu lotniczym. Kolejne wcielenie autobusu. Niby oczywiste, a jednak zawsze dziwi na nowo, niemniej radość z obserwacji jest nieoceniona 😉. Ludzie są fajni ;P