Kharkanas

Kharkanas Gdańska grupa organizująca LARPy i inne formy z nurtu fantastyki.

W chacie było ciemno i przyjemnie chłodno, szło już na wieczór, lecz dopiero teraz temperatura zrobiła się znośna. Sołty...
15/02/2016

W chacie było ciemno i przyjemnie chłodno, szło już na wieczór, lecz dopiero teraz temperatura zrobiła się znośna. Sołtys siedział przy stole, w świetle kilku świec, licząc monety, od czas do czasu przerywając, żeby pociągnąć łyk niezbyt już zimnego piwa. Od kilku godzin, nie zajmował się niczym innym, chociaż, wiedział że starczyłoby mu tyle czasu, co wprawnej gospodyni zajmuje poćwiartowanie dorodnego indyka. Chciał jednak nacieszyć się pieniędzmi, zanim jutro będzie musiał przekazać je poborcy podatków.

Do chaty nagle weszła kobieta, niewysoka, ubrana na męska modłę, w skórzane spodnie i podróżny kaftan, w wysokich jeździeckich butach, ciemne włosy opadały jej kaskadą delikatnych loków na plecy. Czuć od niej było intensywny zapach jabłek i porannej rosy. Na widok jej twarzy, sołtys wypuścił monetę, która potoczyła się po stole i upadła na klepisko, a on sam szybko zaczął poprawiać łysiejącą już głowę i zamiatać siano spod jej nóg.
- Witajcie sołtysie, szukam miejscowego zielarza, ponoć wiesz, gdzie teraz przebywa…
- Ano wiem, szlachetna Pani, do Buków pojechał, bo jakaś zaraz tam panuje i …
- Dziękuję dobry człowieku - przerwała kobieta, odsuwając się nieznacznie od swego rozmówcy - wiesz może jeszcze, gdzie tu jest najbliższa gospoda?
- Jeśli Pani szuka noclegu, to u nas, na poddaszu jest przyjemny pokój - odrzekł sołtys, czując na plecach palący wzrok swojej żony - a zajazd stoi pół stajania dalej wzdłuż gościńca, ale tam dziurawe sienniki jeno mają, u nas czysta pościel i lepsze jadło, Pani zostanie.
Kobieta wyraźnie znudzona już rozmową, rozejrzawszy się wyraźnie po izbie i oceniwszy wzrokiem żonę sołtysa rzekła
- A do tych Buków, to którędy dojadę?
- Dwa stajania na wschód, cały czas prosto, szlachetna Pani.
- Bywajcie i miłego wieczoru - odrzekła kobieta, już za progiem
Po jej wyjściu i odprowadzeniu wzrokiem, sołtys wrócił do swojego zajęcia, rozmarzony, z odczuciem niezadowolonego spojrzenia żony na sobie i niewypowiedzianej awantury z jej strony



Zielarz wyszedł z chaty, po kilku godzinach podawania naparów i obserwacji, jedyny wniosek do jakiego doszedł, to że chory nie reagował na żadne formy leczenia, podobnie zresztą jak wszyscy pozostali w wiosce. Póki co umarł tylko syn kowala, ale pół wioski zalegającej w łożach, dalej zmagającej się z chorobą. Dalej też nie znał, co tajemniczą zarazę wywołało, nie miał też żadnych pomysłów jak skutecznie ją leczyć. Co ciekawe, kapłan Kreve, który jakiś czas temu zawitał w te strony, pomógł już kilku osobom, lecząc je całkowicie w cudowny sposób, w ciągu tylko jednej nocy spędzonej w domu chorego. Pogodzony z porażką, zielarz kierował się już stronę lasu i swojej chaty, gdy zza chaty wyszła kobieta, niewysoka, ubrana w dobrze dopasowany, męski strój do jazdy konnej, z idealną sylwetką i piękną twarzą oraz co ciekawsze, aurą magiczną.
- To Ciebie zwą Nestor? - zapytała nieznana mu czarodziejka - Ciężko do Ciebie dotrzeć, alchemiku.
Ważąc powoli jej słowa, zielarz ruszył pieszo w stronę lasu, rzucając tylko na odchodne
- Ani nie zwą mnie Nestor, ani nie jestem Alchemikiem. Nie wiem też, gdzie mógłby przebywać, bo żadnego Nestora nie znam, a najbliższy alchemik jest chyba w Ban Ard. Jeśli potrzebujesz ziół i naparów, służę pomocą, a teraz, pozwolisz, mam zamiar jeszcze przed nocą dotrzeć do domu.
Czarodziejka, krótka tylko chwilę stała w miejscu, szybko jednak ruszyła w ślad za zielarzem.
- A jak Cię zwą teraz, bo w to, że to nie ty byłeś kiedyś rektorem katedry alchemii w akademii Oxenfurckiej, to nie uwierzę - zrównała się z nim i uważnie przyjrzała się jego twarzy i całej sylwetce. Unosił się od niego silny zapach ziół, głównie tymianku, mandragory, prawoślazu i tojadu, jednak z wieloma innymi, mniej intensywnymi nutami. Nie przerywając marszu, zamyślił się na chwilę, wypuścił ciężko powietrze, ponownie zmierzył ją wzrokiem
- To było dawno temu, na tyle dawno, że już mało kto o tym pamięta. A ja sam o tym nie przypominam, ani sobie, ani światu. Zgaduję, że nie zadałaś sobie tyle trudu, tylko po to, aby upewnić się ze wciąż żyję. Czego więc chcesz?
- Zanim Ci powiem, muszę o to zapytać. Dlaczego odszedłeś i zaszyłeś się w tej głuszy, przy nieuczęszczanym trakcie? Masz racje, minęło wiele lat, ale wciąż są ludzie, którzy o Tobie pamiętają i po całym tym czasie, dalej nie wiedzą, dlaczego zniknąłeś.
Nestor nie odpowiadał przez dłuższą chwilę, trwając w zamyśleniu. W końcu przemówił, a mówił, trzeba przyznać głosem spokojnym, gładkim, dosadnym, lecz eleganckim, głosem, który idealnie wpasowałby się w aule akademicką
- Bo dość miałem wielkiego świata, wielkich ludzi i polityki. Bo doszedłem do wniosku, że pomoc prostym ludziom, w środku głuszy, jest lepsza, niż odkrywanie kolejnych leków, czy substancji w laboratorium, które i tak nigdy nie ujrzą światła dziennego, bo ktoś stwierdzi, że mu to nie na rękę. Dość zaglądających przez ramię oficerów armii, szpiegów, czarodziejów, kupców i innych wielkich ludzi. Przede wszystkim, jednak dość miałem bezsilności, która dręczyła mnie dniem i nocą. Widziałaś okoliczne wsie? Żyją tak od pokoleń, martwiąc się tylko o to, czy plony wzrosną, czy starczy zwierzyny, czy do wiosny starczy zapasów, czy dzieciak dożyje postrzyżyn. Tutaj już nie ma wielkich ludzi, czasem tylko poborca podatków zawita, kupiec w drodze, czy senior zwoła pobór do armii. Jednak to Ci ludzie zapewniają, że królestwo nie zemrze głodem, to Ci ludzie walczą za wszystkich innych o byt i dobrobyt wielkich ludzi. Tutaj, pomagając choremu na ospę dziecku, czy lecząc chorego na tężec chłopa, wyzbyłem się poczucia bezsilności. Przyjrzyj się uważnie okolicy. W Bukach ludzie chorują, jakby panowała tam zaraza, jednak nią nie jest, bo choroba nie jest zaraźliwa - co jest równie wielką zagadką naukową, jak odkrycie przepisu na eliksir nieśmiertelności. W Sieciach, w jeziorze, wszystkie ryby są śnięte. W Liśnicy, dwie kobiety zmarły przy porodzie. Tam się rozgrywają ludzkie tragedie. A są to pewnie ostatnie miejsca, gdzie zajrzy czarodziejka, król czy kupiec, zwłaszcza w celu udzielania tym ludziom pomocy. Więc jeśli przyjechałaś, żeby mnie nakłonić do powrotu do “cywilizacji”, to radzę, Ci już zacząć szykować się do drogi powrotnej.
- Więc to czysty altruizm skłonił najlepszego alchemika na świecie, żeby porzucił kształcenie lekarzy i innej kadry medycznej, która zajmowała się pomaganiem ludziom na całej Północy i zamiast tego zaszył się w leśnych ostępach? - Czarodziejka jakby urwała w pół słowa, po czym podjęła, już spokojniejszym tonem - Dobrze, zaspokoiłeś moją ciekawość, mogę więc powiedzieć, dlaczego zadałam sobie tyle trudu, by znaleźć jakiegoś, wioskowego zielarza. Potrzebuję terapii, jak zwykłeś ją nazywać, na normalność.
Zielarz przystanął, lecz nie ze względu na słowa czarodziejki, po prostu otwierał drzwi do swej chaty, po wejściu do środka i kilku minutach krzątania się po izbie, ciągle zwiększając zniecierpliwienie czarodziejki, wystawiając jej nerwy na próbę coraz bardziej, z każdą kolejną chwilą, w końcu usiadł przy stole, na którym teraz już paliła się łojowa świeca, a obok leżał chleb, kawał sera oraz stał dzbanek z niezidentyfikowanym płynem, koloru brudnobrązowego i odrzekł
- Na to nie ma lekarstwa…



Rankiem, z naręczem ubrań, szmat, obrusów i pościeli, żona sołtysa wsi Sieci, największej ze wszystkich okolicznych wsi, czyli trzech, kierowała się w stronę jeziora, żeby zrobić cotygodniowe pranie, jak przystało każdej szanującej się gospodyni w cywilizowanym świecie. A trzeba wiedzieć, że Alina była uważana za bardzo dobrą gospodynię w tej i każdej okolicznej wsi.
Po dotarciu nad jezioro, gdzie stała już balia, o której przyniesienie poprosiła męża dwa dni temu, wczoraj i jeszcze przed wyjściem, wrzuciła całe naręcze do balii, gdzie ciepła pierwotnie woda, była już tylko letnia. Czekając, aż wszystko się odpowiednio namoczy, zanim weźmie się za właściwe pranie, zagadnęła Lidkę, żonę myśliwego, jak to miała w zwyczaju, coby czas się nie dłużył.
- Widziałaś wczoraj tę babę, co przejeżdżała przez wieś pod wieczór? Weszła do chałupy, jak do siebie, a mój stary jak tylko ją zobaczył, to aż mu oczy wyszły na wierzch, jęzor wypadł do ziemi, a tak jej zamiatał ziemię, żem myślała, ze przetrze nam klepisko.
- A widziałam, widziałam. Do nas też zajrzała, ale do chaty nie weszła, tylko pytała o zielarza, ale co będę obcej babie gadać. Mój był wtedy jeszcze w lesie, ale przyjrzałam się jej dobrze i znając go, pewnie też by się obślinił, jak kundel na kości po pieczeni - Lidka, co trzeba powiedzieć, krótko trzymała swego chłopa, ale nie bezpodstawnie, a raczej nauczona doświadczeniem i to wcale nie przyjemnym
- Pewno jakaś czarodziejka, albo inna wiedźma. Uszu szpiczastych nie miała, ale one z elfami po jednych pieniądzach są wszystkie - Ostatnie zdanie Alina wypowiedziała z dosadnym naciskiem na elfy i uczucia, jakimi je darzyła.
Lidka, przez chwilę tylko nie odpowiadała, zajęta tarkowaniem jakiejś wyjątkowo wrednej plamy, odparła
- Przesadzasz z tymi elfami, przecież nawet u nas w Sośnicy mieszka Galarr i nikomu krzywdy nie robi, a na polowaniu zna się lepiej niż mój stary, który sam to wiele razy przyznał, a kiedy to chłop o innym powie, że tamten lepiej się na czymś zna? Mówię Ci Alina, elfy nie są takie złe. Czarodziejki... to co innego.
- Nie mówię o Galarze, a o tych elfach, co w górach siedzą, czy o wiewiórkach, co po lasach się kryją. Nam tu czarodziejek nie trzeba, Melitele i Łowca nad nami czuwają - mówiąc, skłoniła się kolejno w stronę nieba, lasu i jeziora.
- Ano nie trzeba nam tu wiedźm - Lidka zamyśliła się na chwilę, po czym podjęła, tonem, który sugerował zmianę tematu - A właśnie, jak się mają u Ciebie przygotowania do Lammas? Z tego co widziałam, to twój mąż pojechał dzisiaj dogadywać święto do Liśnicy.
- Pojechał, pojechał, a jakże, ale przed nocą pewnie nie wróci, bo znając jego, to koło zajazdu zgubi drogę powrotną - w tym momencie sołtysowa zrobiła dłuższą przerwę, wyciągając namoczone już ubrania i pościel z wystygłej wody, po czym chwyciła za tarkę i pierwszą z kilku koszul - mówił tylko wczoraj, że w Bukach, ten kapłan, co ichnią zarazę leczył, chyba namieszał im we łbach, bo nie szykują się w ogóle do Lammas, a zamiast nowy ołtarz stawiać, zamiarują - Lidka wypuściła tarkę i szorowaną koszulę do mętnej wody i złapała się za głowę, później za szyję, a na końcu skłoniła się z niemą modlitwą na ustach kolejno w stronę nieba i lasu, ciągle mając przerażenie w oczach
- To przeciw bogom i przodkom! Tak nie można! Nie mogą porzucić Łowcy i Melitele! Nie mogą nie złożyć darów. Dary były składane zawsze, nawet najlichsze, jak lata były chude. Oni sprowadzą na nas wszystkich nieszczęście…
- Wiem! - przerwała jej w pół słowa sołtysowa - I na szczęście mój stary też to wie. Dlatego też pojechał pierw do Liśnicy, będzie radził z ich sołtysem, co z tym począć, zostało jeszcze kilka dni do święta. Ty za to pogoń swojego męża, to może Łowca nie będzie się tak gniewał, jak przyjdzie co do czego...
- Masz rację, jeśli chodzi o Łowce, Alino - Zza drzew wyszła trzecia kobieta, podstarzała i posiwiała Iola, kapłanka Melitele - Teraz już też chyba rozumiem to, co widziałam kilka dni temu. Wyszłam wieczorem, by zapalić świece w kaplicach, wracając zaszłam do Buków. Stał ze sto stóp od wioski, gdyby się nie poruszył, wzięłabym go po prostu za krzak. Stał tam, jak gdyby nigdy nic. Stare bajanie mówią o nim, ale nie opisują go dokładnie, ale wiem, że to był On. Po prostu stał wsparty na lasce i patrzył na wioskę, znaczy nieszczęście się zbliża, tylko wtedy wychodzi z gęstwiny w tej postaci, a przynajmniej tyle mówią powtarzane od pokoleń opowieści. Ludzie nierzadko widują go pod różną postacią, a to ptaka, a to wilka albo jeszcze innego zwierza, ale jako starca tyko gdy jest z nas niezadowolony albo coś złego będzie. Ostatnio zdaje się przed wojną widziała go stara Gerda, niech Melitele czuwa nad jej duszą, po dwóch dniach przyszli po młodych do wojska, wzięli połowę, żaden nie wrócił. Jakby wiedział, co się stanie. Gerdzie nikt nie wierzył, ale ja się nią opiekowałam, słyszałam, co mówiła o nim przed śmiercią. Skóra niczym z kory, liście i gałązki za włosy i brodę, drewniana laska- dokładnie to, co sama zauważyłam. Co stało się potem, tego już nie pamiętam, chyba biegłam, prosto do kaplicy i modliłam się do rana. Cokolwiek się zdarzyło, obudziłam się rano, wsparta na ołtarzu, u stóp staruchy. Może mnie nie zauważył.... nie, On widzi wszystko, ptaki są jego oczami, a drzewa uszami, pozwolił mi odejść, jak Gerdzie. Łowca jest dobry, pomaga nam, sprawia, że plony lepsze, zwierzyny dużo, a i chłopom w lesie zbłądzić nie daje, w zamian my składamy mu dary, na Lammas i Imbaelk. Cokolwiek to ma być, zdarzy się lada dzień....

Coming soon...

26/10/2015

Informacja dotycząca LARPa w świecie Wiedźmina "Wigilia Saovine", który odbędzie się w innym terminie, choć sama zakłdaka wydarzenia na Facebooku została odwołana.

Po wielu tygodniach planowania oraz wymyślania jak rozwiązać problemy które się pojawiały cały czas przed nami, a także walką z kolejnymi sprawami rodzinnymi, które się na mnie zaczęły walić w tempie lawinowym, podjąłem decyzję, że LARPa "Wigilia Saovine" muszę przełożyć. Przyczyną tego satnu rzeczy jest brak czasu, który musiałbym poświęcić na przygotowanie tego LARPa na takim poziomie, który by mnie zadowolił. Nie chcę organizować kiczu, który będzie kolejnym LARPem "takim sobie", a na zrobienie dobrego nie mam czasu ani środków. Jedyne co mogę wam obiecać w zamian za tą bardzo nieprzyjemną sytuację, to że LARPa na pewno zorganizuję i przeprowadzę, bo jest to za dobry pomysł na grę, żeby go zmarnować i trzymać w szufladzie. Bardzo was z tego powodu przepraszam i jeśli macie kogoś winić za to, że nie będziecie mogli zagrać w tym LARPie w tym terminie, to wińcie mnie.

Trochę informacji technicznych:
- Wszystkim zgłoszonym do tej pory graczom, którzy będą chcieli, zwrócimy wpłacone pieniądze, jeśli nie będą chcieli, zostaną one uznane za ich wpłatę na ich innego LARPa organzowanego przez Kharkanas
- Jeśli chcecie, dalej ślijcie do nas swoje pomysły na postacie, bo zapewniam was, że ten LARP się odbędzie, nawet jeśli nie jako wigilia Saovine, to na pewno dalej będzie to gra osadzona w uniwersum wykreowanym przez Andrzeja Sapkowskiego i w dalszym ciągu, bedzie się on skupiał na jakiejś wsi czy osadzie na końcu świata.

Dan Piątek

01/09/2015
Zdjęcia z 3 dnia w osobnym albumie z racji mniejszej rożdielczości.
01/09/2015

Zdjęcia z 3 dnia w osobnym albumie z racji mniejszej rożdielczości.

31/08/2015
Piewrsza część zdjęć ( 1 i 2 dzień )
31/08/2015

Piewrsza część zdjęć ( 1 i 2 dzień )

16/08/2015

Na waszych skrzynkach mailowych pojawiły się odprawki. W razie pytań, kontaktujcie się z nami.

16/08/2015

Od dzisiaj cała grupa organizatorska znajdzie się na terenie gry, jest więc to ostatnia chwila kontakt z nami za pomocą internetu. Od ok. 20 będziemy pod telefonem. 731 170 244 - Dan Piątek

Adres

Gdansk

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Kharkanas umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij