16/04/2026
I po wszystkim. Cieszę się, że reportaż się podobał. Mi zresztą również. Dwa dni naszej pracy skompresowane w kilkunastu dynamicznych minutach. Magia telewizji.
Dla mnie był to powrót do emocji, które towarzyszyły mi te 2,5 roku temu, gdy stanęłam u progu zmian, których kierunku jeszcze wtedy nie byłam świadoma. Teraz, z perspektywy czasu inaczej do tego podchodzę, jestem w stanie ze spokojem i uśmiechem o tym opowiadać. Jednak wtedy był to dla mnie czas straszny.
22.11.23 – to dzień w którym wszystko się skończyło. Choć dziś śmiem twierdzić, że to był początek, wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Cały mój świat się zawalił. Świat, który znałam, który lubiłam, w którym czułam się mimo wszystko bezpiecznie. Pomimo tego, że ostatnie dwa lata były trudne, parszywie trudne, to jednak jakoś radziłam sobie z kolejnymi gwoździami wbijanymi w czaszkę i szłam dalej. Aż do tego dnia, kiedy w moją czaszkę został wbity gwóźdź ostateczny: straciłam pracę. Wyszłam z biura z kartonikiem pod pachą cicho i dyskretnie zamykając za sobą drzwi.
Jeszcze nie zdążyłam dobrze ochłonąć po szpitalu córki, która też jeszcze wtedy dochodziła do siebie, a tymczasem zdążyłam zasilić jakże ważną grupę społeczną w naszym kraju, jaką są bezrobotni.
Czułam się przegrana jako matka, kobieta, pracownik. Miałam poczucie, że zawiodłam na każdym możliwym polu. Nie widziałam wówczas innego wyjścia, jak tylko na tory.
Mówi się, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Przyznam, że się z tym nie zgadzam. Złe doświadczenia raczej uwrażliwiają na szybsze wyczuwanie zagrożeń i ich unikanie, by znowu nie czuć bólu, czy goryczy porażki. To trochę jak u psa: to bardzo mądre stworzenia. Doskonale wiedzą, gdzie mogą liczyć na pogłaskanie, a gdzie oberwą kijem po grzbiecie. Więc omijają te miejsca, gdzie kij jest w użyciu. Tak jest też u ludzi. Uczymy się, gdzie jest bezpiecznie, a które rewiry lepiej unikać. Bo uderzenie kijem boli zawsze – wcale się na ból nie uodporniamy. Jedynie znamy już konsekwencje tego uderzenia i wiemy, co będzie dalej.
Czemu o tym piszę? Bo zmiana w moim przypadku była wynikiem kilkukrotnego uderzenia mnie kijem przez życie. I gdy już wygrzebałam się z emocjonalnej rozpaczy, i dostrzegłam, że te tory mogą na mnie jeszcze chwilę zaczekać postanowiłam, że już nigdy więcej peron mi nie odjedzie bez mojej zgody, a jeśli tak, to będę na to przygotowana.
Piszę też o tym dlatego, że wielu z nas przeżywa kryzysy, każdy swoją kulkę gnoju przez życie toczy, jak ten żuczek gnojarz. I dla każdego ta jego kulka wydaje się największa i zapewne tak właśnie jest. Jeszcze moment i przytłoczy. Moja historia pokazuje, że kulkę można puścić i pozwolić jej się po prostu sturlać. Niech się toczy, ale już beze mnie. Trzeba jeszcze znaleźć tylko siłę, by nie ulec presji i na siłę tej kulki nie zatrzymywać. Trzeba odpuścić, tylko tyle, a może aż tyle.
W ten sposób zapisałam się na prawo jazdy wiedząc, że ja, póki co, do pracy takiej, jaką miałam, już nie wrócę. Bo oczywiście, mogłam poszukać czegoś podobnego, było to w moim zasięgu. Ale zmieniając biuro na biuro, laptopa na laptopa, samochód służbowy na inny samochód służbowy, co bym zmieniła? Tak naprawdę nic. Rozpoczęłabym turlanie nowej kulki, a tego już bardzo nie chciałam.
U mnie zmiana była faktycznie dość spektakularna, jak tak po czasie do mnie dociera. Tak diametralny zwrot w życiu nie jest konieczny, by znaleźć swój spokój. U mnie jak to u mnie, musiało być zgodnie z zasadą: albo grubo, albo wcale. Podejmując decyzję o zmianie nie wiedziałam jeszcze, że wyrzucona na zawodowy śmietnik uczynię go, ten śmietnik dosłowny, swoim nowym miejscem pracy, w którym znajdę spokój, satysfakcję i tak, szczęście.
Opowiadam Wam swoją historię, w pewien sposób obnażając się ze swoich doświadczeń i emocji po to, żeby pokazać, że z każdej sytuacji jest wyjście. Że choć jest ciężko, jesteś sama lub sam, poradzisz sobie, choć dziś leżysz i płaczesz w poduszkę, albo w niedzielne popołudnie czujesz charakterystyczny ucisk w żołądku, bo już myślami jesteś w skrzynce mailowej zastanawiając się, co w poniedziałek rano w niej znajdziesz Kto serdecznie pozdrawiając zaprosi na spotkanie.
Dziś jestem kierowcą śmieciarki, choć gdy postanowiłam wtedy, te dwa lata temu, że tak właśnie się stanie, świat dookoła albo pukał się w czoło, albo wymownie nie komentował. No cóż, trudno, co zrobić, jakoś postanowiłam z tym żyć. Oczywiście, nie zawsze jest różowo, nie chodzę wiecznie uśmiechnięta i radosna, ale lubię swoje nowe życie. Lubię nową Wiolę, która teraz jest zwyczajnie szczęśliwsza.
Po emisji otrzymałam sporo wiadomości od nieznanych mi ludzi, którzy pisali, że jest im ciężko, albo myślą o zmianie, a się boją. Że ktoś taki jak ja daje nadzieję, jest inspiracją. Nie myślałam tak o sobie, ale cieszę się, że tak jestem odbierana. Prawdę mówiąc, taki jest cel tego całego opowiadania mojej historii w różnych reportażach. Że zawsze jest wyjście, choćby awaryjne. Ale nadal to wyjście.
Jeszcze raz dziękuję za wiele ciepłych słów i komentarzy. Dziękuję, że ze mną jesteście, witam też serdecznie nowych obserwatorów. Mam nadzieję, że znajdziecie tu to, czego szukacie, co skłoniło do kliknięcia guzika „Obserwuj”.
To do zobaczenia na rejonie.